niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 4 - "Mamo...?"

Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale niedługo wyjeżdżam i musiałam trochę ogarnąć się w szkole. Z tego też powodu nie wiem, kiedy będzie następny rozdział. I nie chcę, żeby wyszło że nie interesuję się blogiem czy coś, ale naprawdę nie mam czasu. Mam nadzieję, że osoby, które czytają to co piszę, zrozumieją. 

I sorry za długość rozdziału. Nie jestem z niego zadowolona, ale nie miałam pomysłu, mimo wszystko następne będą na pewno lepsze. 

PS zapraszam do komentowania i krytykowania moich wypocin. :) 



Thalia stoi i patrzy w otwór, z którego przed chwilą wyłoniły się mrożące krew w żyłach okrzyki. Wie, że nie ma zbyt dużo czasu na obmyślenie taktyki, zwłaszcza, że jest sama jak palec w Krainie Umarłych. No, może niezupełnie sama, bo z umarłymi, ale oni nie wyglądają raczej na skorych do pomocy. Zawsze może poszukać Luke'a, tylko czy powinna mu ufać? Zaufanie mu może być ryzykowne, jasne wiele razy podejmowała ryzyko, ale gdy ON ją zrani , i to po raz drugi, będzie bolało dużo bardziej.

Nagle ktoś złapał ją od tyłu i zaciągną za drzewa. Zdołała tylko dojrzeć białą jak papier dłoń. Po chwili osobnik rozluźnił uchwyt, więc odwróciła się. W pierwszej chwili sparaliżowało ją na widok znajomych czarnych włosów i ciemnych, jak smoła oczy, jednak chłopak przerwał jej tę chwilę ukojenia.

- Musimy iść, szukają cię - rzucił, ruszając na wschód od dziury.

- Gdzie my tak właściwie idziemy i kto mnie szuka?

- Myślałem, że się domyślasz - chłopak uśmiechną się ponętnie, zupełnie jak nie on.

- Nico, byłam martwa, niezbyt się orientuję, co dzieje się wśród żywych.

- Idziemy do Pałacu Hadesa, zrobić coś z twoją, yyy... śmiercią - powiedział, po czym znowu się
uśmiechnął, tyle, że teraz jakby z faktu, że jest bardziej doinformowany od niej.

- Okej, daleko to? I w ogóle to przestań to robić!

- Co?

- Och, nic, nieważne. Kto mnie szuka? - zapytała, chłopak jednak nie zdążył odpowiedzieć, bo ziemia zatrzęsła się, jak przy deszczu meteorytów.

- Pośpieszmy się.

* * *

Gdy przechodzili przez łąki asfodelowe, Thalia zaczęła rozglądać się za swoją matką. Nie chciała, by Nico to zauważył. Teoretycznie, nienawidziła swojej matki, w końcu oddała jej brata Rzymianom, ale z drugiej strony nawet się z nią nie pożegnała.

Gdy dochodzili do Pałacu Hadesa, tłum Zmarłych zaczął gęstnieć. Nico wyjął swój miecz, więc zmarli zaczęli usuwać się im z drogi, ale mimo to przez ciało Thalii zaczęły przechodzić dreszcze. Trochę się bała, że wśród z nich znajduje się jej matka. Chciała się z nią spotkać, ale... w sumie sama nie wiedziała. Było to jedna z tych rzeczy, które się pragnie, jednocześnie się ich bojąc.

Im bliżej bramy, tym zmarli byli coraz bardziej uzbrojeni i umięśnieni. O ile zmarli w ogóle mogą być umięśnieni. Ci niestety nie bali się czarnej klingi.

Pałac Hadesa był ogromny. Cały w kolorze smoły. Miał pełno mniejszych wieżyczek i miniaturowych okienek. Zdobienia wykonano w stylów starogreckim (nie spodziewaliście się tego). Przez drzwiami wejściowymi, które na oko miały z dziesięć metrów wysokości, stał ogromny posąg Hadesa. Wokół pałacu, zupełnie jakby z innej bajki, rozciągały się sady. Persefona, pomyślała Thalia. Oczywiście rośliny były wspaniałe. Niektóre dziko rosnące, niektóre pielęgnowane. Pośrodku stała fontanna jakby z lodu. Przedstawiła chyba całą dwunastkę bogów. Każdemu z olimpijczyków z ust leciał strumyk wody.

- Wpuścili nas - powiedział po chwili Nico. Thalia zbytnio nie zwracała na niego uwagi, ale wydawało się jej, że rozmawiał z jednym z tych wielkich, martwych facetów. Dzięki bogom wpuścił ich, bo nie wiedziała, czy w razie czego, chciałaby wdzierać się tam siłą, kiedy on pilnował wejścia.

Wewnątrz pałac był równie ponury jak z zewnątrz. Dzięki Persefonie było tam parę zielonych rośli, ale to nie poprawiało sytuacji, czasami miało się wrażenie, że te rośliny ożyją i cię uduszą. Nico prowadził Thalię przez jakieś korytarze. Bardzo kręte korytarze. W dodatku śmierdziało tam stęchlizną i pleśnią.

Szli już jakieś dwadzieścia minut, a Thalia pomyślała, że jeszcze minuta i zamarznie. Nie wiedziała jak Nico może wytrzymywać takie zimno. Może po prostu tego nie okazywał.

- To tutaj.
Nico staną przed wielkimi drzwiami i zaczął się w nie wpatrywać, jakby miały zaraz eksplodować. Może faktycznie tak było.
Thalia stanęła bliżej Nica i doszła do wniosku, że wybuch jest całkiem możliwy. Hades krzyczał na kogoś tak, jakby zaraz miał wybuchnąć. Więc tak, wybuch jest bardzo prawdopodobny. Nico zapukał do drzwi, ale nie było żadnej odpowiedzi.

Łowczyni podeszła jeszcze bliżej do drzwi, tak że słyszała strzępki rozmowy.
„ - Jak mogłaś zniszczyć tak proste danie?!
- Ja, ja... ja przepraszam. Panie.
- Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy, bo staniesz się kolacją dla Cerbera.
- Przepraszam, panie, ja, ja...”

Thalia nie wiedziała co myśleć o tej kłótni, i nie chodzi o samą kłótnie, chodzi o głos kobiety, na którą krzyczał Hades. Wiedział, że skądś go zna, ale...

- Wejść!!! - głos Hadesa rozniósł się po pomieszczeniu, a drzwi otwarły się. Dziewczyna czuła, że serce podskoczyło jej do gardła.

Ale gdy zobaczyła kobietę, którą zbeształ Hades, jedyne co zdołała powiedzieć to: „O nie...”.


wtorek, 17 listopada 2015

Hej, hej!!!
I jak Wam się podobały pierwsze 3 rozdziały??? Pytam, bo nie wiem, czy jest sens, żeby to kontynuować. :-/  Jeśli Wam się podoba, to kolejny spróbuję wstawić w sobotę albo niedzielę.


A i jeszcze - dziękuję The CM za nominację do LBA (moja pierwsza nominacja w życiu, nie zapomnę Ci tego - to nie była groźba XD)


Czy tylko mnie ten tekst tak rozczula??? :-*

niedziela, 8 listopada 2015

Rozdział 3 - "To niczego nie zmienia.."

Wyspy Błogosławione, Wyspy Szczęśliwości. To właśnie tam ma udać się Thalia. Tylko dlaczego? Przecież nie zasłużyła. Pewnie, zrobiła wiele „dużych” rzeczy. Ale czy te „duże” rzeczy nie były za „małe”?

Widzi tylko ciemność. Nagle przed nią pojawia się rozdroże z dwoma drogami. W swojej głowie słyszy głos „Wybieraj”. Jest to jakby głos z „podziemi”. Głos z Tartaru. Jeszcze raz spogląda na ścieżki. Na pierwszy rzut oka obydwie wyglądają tak samo. Czarne, ziemiste drogi prowadzące na jakąś wyspę. Wyspę Szczęśliwości. Różni je tylko to, że jedną z nich, tą po prawej, przecina rzeka. Rzeka Lete.

Za każdym razem, gdy Thalia na nie patrzy, ogarnia ją coraz większe zwątpienie - „Dlaczego tam?”. Dlaczego akurat na Wyspy Błogosławione. Całe życie walczyła. Walczyła za siebie i za innych. Jak każdy. Bo przecież każdy co dzień walczy za innych czy za siebie. Lekarze, prawnicy, pielęgniarki, opiekunki.... i tak w nieskończoność. Więc czemu akurat ona tu trafiła?

Wybieraj” - ponagla ją głos. Jeszcze raz patrzy na rozdroże. Którą wybrać? Tą „pustą”, a za razem pamięć wszystkich smutnych, deszczowych dni, bólu i cierpienia, ale też zachować wspomnienia i wizje wszystkich uśmiechniętych twarzy. Twarzy, których już nigdy nie zobaczy? Czy tę z Lete i brak wspomnień, ale też spokój i niepamięć. Niepamięć wszystkiego, co złe.

Wybór był trudny.

Thalia rusza przed siebie. Idzie drogą, którą wybrała. Słyszy śmiech. Czuje czyjeś dłonie, łapiące ją za ramiona. Dłonie potępionych. Wie, że wybrała właściwą drogę. Drogę bólu i cierpienia.

Przechodzi prawie całą ścieżkę. Zatrzymuje się przed potokiem. Ale takim normalnym potokiem. Nie takim, jak poprzedni. Tylko czystym, nieskazitelnym potokiem. Na drugiej stronie widzi swoich przyjaciół. Swoich byłych przyjaciół. I Oktawiana.

Cieszy się, że ich widzi. Ale nie cieszy się, że jest z nimi. Nie cieszy się, że są tu z nią.

Podchodzi do nich. Zachowują się, jakby jej nie znali. Czyli wybrali tą łatwiejszą drogę. Drogę Lete. Jak widać, przyjaciele czasem odchodzą...

Chciała do nich podejść. Jednak tylko ich wyminęła. Nie chciała im niczego tłumaczyć. I tak nie byli sobą. Stracili swoje JA, odkąd przekroczyli brzeg Lete. To nie jest prawda, że jest to Rzeka Zapomnienia. Raczej Rzeka Skradzionych Dusz. Bo człowiek bez duszy, nie ma prawa nazywać się człowiekiem.

Thalia ruszyła przed siebie. Byle jak najdalej od nich. Mijała wiele osób. Osób, których miejsce jest w Elizjum. Jej zresztą też.

Wie, że coś jest nie tak. Ale nie wie co. Z jednej strony umysł mówi: „To nie jest normalne!”. A z drugiej serce krzyczy: „W końcu masz spokój, przyjaciół!”. Tylko, która strona ma rację?

Rozgląda się wokół. Po drugiej stronie wyspy wznoszą się wysokie, szkarłatne góry. Przed nimi rozciąga się las. Właśnie zachodzi słońce. Jest pięknie. Jednak Thalia wie, że wszystko się kiedyś kończy. Nawet śmierć...i kres. Tylko jaką długość będzie miła ta nieskończoność?

Myśli teraz jakby to było, gdyby siedział koło niej Luke. Pocieszałby ją, obejmował tym swoim ciepłym ramieniem. Jednak nie może zapomnieć tego, co jej zrobił. Gdzieś w głębi rozumie, że nic jej z nim nie łączy. Prócz przeszłości i może trudnego dzieciństwa. Ale to drugie łączy ją z wieloma ludźmi. Percy'm, Ann... Ale to pierwsze, należy tylko do nich.

Idzie dalej, biegnie. Dociera do jaskini. Wchodzi do niej. Pod ścianą zauważa pień. Siada. Zastanawia się, co robią jej przyjaciele. Ci żywi. Zamyka oczy i widzi ciemność. Nie może nad tym zapanować. Po prostu, nic nie widzi.

Nagle widzi przed sobą Ann. Tą samą Ann, którą zostawiła. Widzi, jak dziewczyna płacze. Sama też zaczyna płakać. Córka Ateny wstaje i idzie do lustra. Thalia rozpoznaje domek numer sześć. Annabeth opiera się dłońmi o komodę, która stoi pod zwierciadłem. Znowu popada w szloch. Po chwili Ann z lustra zaczyna się ruszać, jakby żyła swoim życiem. Wychodzi z lustra i podchodzi do miejsca, w którym powinna stać Thalia, jakby ją widziała. Powoli otwiera usta, w których nic nie ma. I krzyczy: „ To nic nie zmienia!”.

Teraz widzi Percy'ego. Chłopak stoi na pomoście. Ogląda swoje odbicie w wodzie. Nagle Percy z wody zaczyna unosić się do góry. Staje przed Thalią, tak blisko, że dziewczyna ma wrażenie, że czuje jego oddech. Odbicie zaczyna syczeć. W swojej głowie słyszy jego głos: „To niczego nie zmienia”.

Widzi Chejrona. Centaur ogląda swoje płyty CD. Jego twarz odbija się na gładkiej powierzchni przedmiotu. Nagle Chejron z płyty wychodzi i maszeruje prosto w stronę Thalii. Otwiera buzię i krzyczy: „To niczego nie zmienia!”.

Zaczyna jej się kręcić w głowie. Przez umysł przelatuje jej mnóstwo twarzy. Znanych i nieznanych. Każdy z nich mówi to samo: „To nic niczego nie zmienia”. Ale czego nie zmienia? Czuje, że w „realnym” świecie zaczyna się rzucać i krzyczeć. Nic nie może na to poradzić.

Jednak czym jest „realny” świat? Na pewno nie jest to świat, w którym ludzie wymyślają normy, niepotrzebne iluzje na temat rzeczy, o których nie mają pojęcia. To jednak czyni nas ludźmi. Nienawiść do własnej niewiedzy. To złe. Nawet bardzo.

Znowu czuje się jak podczas swojej śmierci. Obolała, bezbronna, nieświadoma. Po prostu śpiąca.

Ktoś potrząsa ją za ramiona. Otwiera oczy. To Luke. Obejmuje ją ramionami i mówi: „Już dobrze”, jak wtedy gdy pierwszy raz się spotkali. Pamięta ten dzień tak samo dobrze jak obietnice. Obietnice, której dotrzymała jakiś czas temu. W ten dzień, dzień ich spotkania, uciekała przed potworem. Już go zgubiła. Stanęłam za kontenerem. Nagle poczuła jak ktoś łapie ją w talii i zaciska rękę na ustach. Podniósł ją i zaniósł kawałek dalej. Potem postawił i powiedział: „obserwują cię”.
Wciąż pamięta dotyk jego ciepłej ręki na swoich ustach. Dotyk jego silnych ramion na swojej talii. Tak silnych, że aż za silnych. Niestety to już nigdy nie wróci. Teraz w jego oczach, pod warstwą dobroci i wielkoduszności, widzi tylko złote tęczówki Kronosa. I wyłącznie to.

Zaczyna się szarpać i uciekać. Jednak Luke jest szybszy. Dogania ją i łapie za przegub. Potem zmusza ją do skrzyżowania rąk i zaciska na nich swoje ręce. Thalia nie ma wyboru. Poddaje się mu.

Jednak Luke nie robi jej krzywdy. Głęboko wzdycha i siada na pieńku, sadzając sobie ją na kolanach. Patrzy jej głęboko w oczy. Nic nie mówi. Tak jak ona. Thalia nie wytrzymuje i ucieka z jaskini. Biegnie przed siebie. Boi się. Ale to tak już jest. Człowiek większość swoich emocji zastępuje strachem

Zaczyna brakować jej tchu, staje. Opiera się o drzewo. Znowu zamyka oczy. Tylko nic nie widzi. Widzi tylko pustkę. Czyli to co każdy z nas widzi po zamknięciu oczu.

Gdy je otwiera widzi, jak wszystkie rośliny wokół niej więdną. Wszystko, co zostało ze zgniłych kwitów, zbiera się w jedną masę. Po chwili przybiera formę liścia. Liścia, czyli rośliny. Roślina, symbol życia. Nie jajko, tylko liść.

Podnosi kawałek zieleń z ziemi i dostrzega napis:

To niczego nie zmienia”

Ale czego to nie zmienia? Śmierć wszystko zmienia. Nagle w miejscu, z którego podniosła liść, zaczęła się otwierać dziura. Ogromna, czarna dziura - Tartar.

Z dołu wydobywa się głos: „To niczego nie zmienia. To, że umarłaś, nie zmienia niczego. Nie zmienia faktu, że chcemy cię dopaść. Nie zmienia tego, że twoje życie będzie tylko pasmem zmartwień i niepowodzeń. Przez śmierć nie uciekniesz. Pamiętaj...”.

Thalia Grace - wojownik, który był skazany na walkę...

Tego już nikt nie zmieni...

Wie, czego to nie zmienia....


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

I co o tym myślicie? Nie wiem, czy ktoś to czyta, ale jak nie napiszę, to się nigdy nie dowiem. :)


sobota, 31 października 2015

Rozdział 2 - "I po wszystkim?"

Thalia właśnie przechodzi od „jest” do „był”. Ale czy właśnie o to chodzi w śmierci?

Teraz zastanawia się, czy to co zrobiła w swoim życiu miało sens? Czy to, do czego sama doszła miało sens? Dochodzi do wniosku, że ludzie są głupi. Całe życie dążą do bogactwa, oszczędzają. Ale jaki sens ma oszczędzanie skoro w każdej chwili możesz umrzeć? W każdej chwili możesz przejść do „był”? I co wtedy? Co jeśli pękniesz jak mydlana bańka i nie pozostawisz po sobie nic? Nic prócz swoich głupich pieniędzy? Co będą mieli Twoi bliscy po pieniądzach skoro ich serce będzie wybrakowane? Wybrakowane brakiem wspomnień? Wspomnień po tobie?

Czuje, że coś ją ciągnie. Ciągnie w stronę światła. W stronę życia. Tylko dlaczego życie jest zawsze jasne? Dlaczego mówi się, że życie jest lepsze od śmierci? Może dlatego, że w życiu może stać się wszystko, ale na pewnym gruncie. A co po śmierci? Według Thalii pole kary jest bezsensu. Bo jaki sens ma dawanie kar ludziom, dla których życie było karą? Żadne.

Droga z „jest” do „był” to czarny tunel. Po jednej stronie światło - życie, a po drugiej pustka - śmierć. Pustka, która zaraz ją pochłonie. Pochłonie ją i wyciągnie z niej życie. Znowu coś ją ciągnie do światła. Zamyka oczy i daje się unieść. Znowu widzi swoje ciało. Widzi jak bitwa dobiegła końca. Wygrali. Czuje spokój i spełnienie. Obozowicze zbierają się przy jej ciele. Niestety przy zimnym ciele. Patrzy na to. Nie może powstrzymać łez. Płacze.

Jej umysł wypełnia niekończąca się ciemność. W głowie słyszy szepty, ale wciąż widzi swoje ciało, do którego podchodzą to nowe osoby. Tylko jaki to ma sens? Jaki sens ma opłakiwanie zmarłych? Mały. To absurdalne. Nasze „człowieczeństwo” wymaga opłakiwania zmarłych. Ale czy zwróci im to życie, duszę? Dlaczego postępujemy według jakiś norm. Norm, które wymyślił człowiek taki sam jak Ty i ja. Taki sam jak ona czy on. Mówimy „przepraszam” z przyzwyczajenia. Bo czy mówiąc „przepraszam” myślisz o tym, żeby tego więcej nie robić czy się poprawić. Bo ja nie. To odruch. Taki sam jak płacz.

Czemu opłakujemy zmarłych? Tego nie wiem. A jest to jedna z całej listy rzeczy, których nie wiem. Prawdopodobnie nie ma logicznego wyjaśnienia na płacz. Łzy są po to, aby nawilżać oczy. Więc czemu opłakujemy zmarłych? Może nasz umysł chce zbuntować się przeciwko „normie”? Nie zdziwiłabym się.

Jeszcze raz spogląda na swoje ciało. Ale nie słyszy już głosów osób zebranych wokół niego. Teraz słyszy głosy z Hadesu. To sąd. Tylko jakim prawem ktoś ma mówić jej czy zasłużyła na Elizjum? Tak samo, jakim prawem sąd ludzki skazuje człowieka na śmierć? Nie ma takiego prawa. Każdy jest władcą swojego życia i...śmierci.

Sąd zaczął ją osądzać. Patrzy na swoje martwe ciało jednocześnie słuchając osądzających: Ona uratowała...ale za to....; ona nie pomogła...mimo to...; ona postąpiła....więc... I tak w nieskończoność. W nieskończoność skończonego życia. Podczas sądzenia jej, myślała o swoich błędach. O rzeczach, których nie zrobiła. I jednocześnie o rzeczach, których nigdy już nie zrobi. O słowach, których nie wypowiedziała. O słowach, których już nigdy nie wypowie. O dialogach, które nigdy nie powinny zaistnieć. O dialogach za, które nigdy już nie przeprosi... Można by tak wymieniać wieki. Wieki, które już nigdy nie upłyną. Nie upłyną dla Thalii. W sumie to tylko jutro jest czyste, bezbłędne, zrozumiałe. Jutro - dzień, do którego Thalia już nie dojdzie.

Boi się wyroku. Boi się swojego przeznaczenia. Boi się siebie. Każdy człowiek robi błędy. Ale ona nie jest człowiekiem. Jest kimś więcej. Jest kimś, kto ma wpływ na cały świat. Na jego przeszłość, teraźniejszość jak i przyszłość. Ludzie mają na niego wpływ tylko na chwilę. Na chwilę, w której są zauważalni. W, której ktoś ich widzi. Jednak jest to jak uwielbienie kwiatu. Jest ładny tylko przez chwilę. Potem więdnie. Jest zastępowany. Thalia nie musi być widzialna, aby zmieniać świat. Wystarczy, że codziennie walczy za siebie i przyjaciół. W ten sposób ratuje świat. Ratuje świat, ratując jednego człowieka. Ratuje swój świat. Codziennie odbudowując go po kawału.

Ja też tak robię. Ty też powinieneś.

Dalej obserwuje swoje ciało. To samo, które było okaleczane przez noże i włócznie. W tym ciele jest serce, które mimo wielu łat, było zdolne do miłości. W tym ciele jest mózg, który precyzyjnie planował taktyki walki nie zapominając o przyjaciołach. Częścią tego ciała jest ręka, która fizycznie okazywała miłość najbliższym. Częścią tego ciała są nogi, które nie zawodziły jej kiedy biegła komuś z pomocą.

Tutaj jest dusza, która niezależnie od wszystkiego jest jej. Dusza, która wciąż czuje, ma nadzieję i wiarę w przyszłość i mimo wszystko akceptuje przeszłość i stara się nie skamienieć w teraźniejszości. Dusza, która zawsze była, jest i będzie wolna. Będzie jej. Na zawsze.

Grupka rozchodzi się. Zostają tyko jej przyjaciele. Przyjaciele, którzy i tak ją pewnie zapomną. Opłakiwanie nie zwróci jej życia. Zawijają jej ciało w całun. Złoty całun. Całun, w który zawija się tylko bohaterów.

Thalia teraz już może zostać bohaterem, bo nie będzie sprawiała zawodu. Już nigdy.

Myśli o Luke'u. Myśli o człowieku, którego pięści lepiej zna niż ramiona. A może nie. Może znajomość pięści i ramion jest proporcjonalna. Po jego zdradzie, wiąż go pragnęła. Pragnęła tak bardzo, że w końcu zabroniła sobie o tym marzyć. Bo znacznie trudniej jest marzyć o czymś co nigdy nie zaistnieje niż żyć w trudnej i niesprawiedliwej rzeczywistości.

Przed sobą nagle dostrzega zamazany obraz Luke'a. Luke'a, którego jeszcze kocha. Jeszcze. Nagle chłopak odzywa się:
- To niczego nie zmienia. - i znika.
Thalia jeszcze przez chwilę o tym myśli, ale po chwili się poddaje. Znowu zabrania sobie o tym myśleć. Ale wybaczyła mu. Sama nie wie dlaczego. Może dlatego, że miłość polega na tym, aby dostrzec to samo zło w sobie i nauczyć się z tym żyć. Nauczyć się żyć z wadami. Z wadami, które każdy ma.

Znowu widzi całun ze swoim ciałem. Patrzy jak go palą. Ostatnie słowa jakie słyszy padają z ust Chejrona:

- Thalia Grace - wojownik, który umarła za nas. Jej ogień życia był jasny. Tak jasny, że w końcu wybuchł, bo nie był stworzony, aby trwać dłużej...

Znowu zapada ciemność. Thalia dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, że wciąż jest taka jak 11 lat temu. Wciąż wolałaby umrzeć niż dać umrzeć komuś. I dobrze.

Zastanawia się, co Chejron miał na myśli mówiąc, że jej ogień życia wybuchł. Z jego słów wynika, że była ona jak zegarek, który odmierzał chwilę. Chwilę, w której będzie wystarczająco dużo ofiar, a potem wybuchł zabijając wszystkich, którzy znajdowali się w polu rażenia. W polu rażenia, w którym znaleźli się bliscy poruszeni jej śmiercią. I tak nie ma ich dużo.

Nic nie widzi, prócz sylwetek trzynastu postaci w czarnych płaszczach. To bogowie. Podchodzi do niej jeden z nich. Ten środkowy. Zeus. Jej ojciec. Ściąga kaptur z głowy i obejmuje jej twarz rękoma. Przez chwile patrzą sobie w oczy, aż on mówi:

- To niczego nie zmienia - i znika.

Następnie podchodzi Apollo. Jej brat. Powtarza wszystkie ruchy po swoim ojcu. Po jej ojcu. Po ich ojcu. Ale mówi coś innego.

- Jestem z ciebie dumny - i znika.

Reszta bogów mówi „ to niczego nie zmienia” i znika. Ale czego „to” nie zmienia? Czego co nie zmienia? Śmierć jej nie zmienia? Ale to nie prawda. Śmierć zrywa z nas kurtynę kłamstw i tajemnic. Daje nam za to płaszcz smutku i rozpaczy. Zsyła żałobę na bliskich. Zsyła samotność na nas. Ale samotność jest po śmierci. Wszyscy uważają, że najgorsza i najbardziej raniąca samotność jest podczas umierania. Ale tak nie jest. Bowiem najgorsza i najbardziej raniąc jest samotność, w której żyjemy. Samotność, w której fizycznie żyjemy na świecie i, w której trochę inaczej trwamy po tym życiu. Samotność, do której jesteśmy zmuszeni. Samotność jest najgorsza. To przez nią jest tyle nieudanych związków. Tyle zranionych serc. Głupi ludzie uważają, że to przez niezgodność między osobami. Ale to przez samotność. Przez samotność szukam miłości. A miłości możemy zaznać tylko od drugiego człowieka. Z samotności desperacko szukamy ludzi zdolnych do miłości. I zakochujemy się nie z wyboru, lecz z desperacji.

Miłość i przyjaźń - każdy dąży do tego w życiu. Bo każdy wie, że to jedyna droga do szczęścia...

Thalia ją znalazła...

Thalia znalazła swoją drogę...

A teraz doszedł kres tej drogi...

Wyspy Błogosławionych
- wyrok został wydany...





____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________



Hej, wstawiam tak szybko, bo mam już parę rozdziałów napisanych :). Czytasz=komentujesz. :) Usatysfakcjonuje mnie nawet zwyczajne "przeczytałem". 

Rozdział 1 - "A tak go kochałam"

- Odpuść! I tak nie wygrasz!
- Prędzej umrę, niż się poddam!

Thalia walczy z Luke'm w samy sercu bitwy. Wie, że dzisiaj umrze, że to idealny moment na śmierć. Pamięta obietnice, którą złożyła mu dziesięć lat temu. Tak, pomięta ją dokładnie. Bo niby czemu nie? Cały czas o niej myślała, cały czas ciężyła jej na sercu. Wiedziała, że kiedyś się spełni. Nie bała się konsekwencji, które mogły wyniknąć z powodu niedotrzymanej obietnicy. Ona po prostu nie mogła wyobrazić sobie rzeczy gorszej od śmierci, po prostu nie chciała.

Z oczu lecą jej łzy. Ale nie ze strachu, tylko z żalu, który zrodził się w niej po śmierci Luke'a. Teraz on powstał. Jednak nie wstydzi się ich. Nie wstydzi się swoich łez, nie dzisiaj. Wiem, to brzmi ironicznie. Taki wojownik jak Thalia płacze? Ale łzy to normalna rzecz. Każdy czasem płacze, ja, Ty, to czemu ona ma być inna. Czy choć raz nie mogła pozwolić sobie na słabość?

Teraz opiera się o jego pierś. Czuje jego ciepło, czuje go. Czuje, że żyje. Czuje, że żyje przy osobie, która zaraz zabierze jej to życie. Czy to nie absurdalne? Ale ona się tym nie przejmowała. Nie przejmowała się opinią innych. Nie przejmowała się tak marnym i nieistotnym pierwiastkiem, jakim są ludzie. Bo co oni, co my, znaczymy. Jakie mamy znaczenie w tym wielki świecie, w tym wielkim Wszechświecie? Prawie takie samo jakie mucha ma dla nas. Czyli prawie żadne. To smutne. Prawdziwe.

Teraz odczuwa zimno w okolicy klatki piersiowej. W okolicy, gdzie teraz nóż spotyka się z jej ciałem. Boi się, ale stara się to podświadomie omijać. Robiła tak zawsze, gdy się bała. Ale czy to dobrze? Starach jest rzeczą ludzką, więc czy Thalia powinna unicestwiać z siebie całe swoje człowieczeństwo?

Słyszy krzyk, a raczej jęk rozpaczy. Jest w szoku, nie wie co się z nią dzieje. Nie wie co się dzieje z jej ciałem, z jej umysłem. Nie ma pojęcia skąd ani od kogo pochodzi ten jęk. Nic już nie wie. Nagle przed sobą widzi chłopaka. Ale to nie byle jaki chłopak. To Jason, jej brat, jej mały braciszek. Ten sam, którego niegdyś uważała za zmarłego. Chłopak stoi jak wryty, nie rusza, po prostu nie jest w stanie. Niemoc go sparaliżowała. Thalia go rozumie, jednocześnie czując kłucie w sercu. Lecz nie z powodu bezczynności swojego brata. Lecz bardziej z tego, że widzi ją w tym stanie.

Ale u niej to norma. Thalia to wojownik, honorowa osoba, nie może sobie pozwolić, aby ktoś widział ją w chwili, gdy jej umysł ogarnia chaos i nieporządek, a ciało bezsilność.

Jednak powinna sobie poradzić. Jej życie to ciągły chaos, nieład. Bo czy można uczynić nieporządek w już obecnym chaosie? Tak, można. Do chaosu można przywyknąć, a wtedy staje się codziennością. A co jeśli nagle ktoś to popsuje? Popsuje nasz chaos, zabije go? Może pewien filozof miał rację mówiąc, że porządek jest dla głupców, bo geniusze potrafią żyć w chaosie? Tego nie wiem. Ja nie wiem, a Thalia się już nigdy nie dowie.

Dziewczyna nie zwraca uwagi na swojego brata. Nie przejmuje się nim, ale wciąż go kocha.

Boi się śmierci, ale jest na nią nastawiona. Teraz dopiero doszła do wniosku, że wcale nie była, nie jest, bohaterem za jakiego ją wszyscy uważali. Myśleli, że jest twarda, niczego się nie boi, nie boi się śmierci. Jednak teraz już wie, że to wcale nie były bohaterskie czyny. Zawsze pchała się do śmierci. Ale czy to odwaga, czy wynik głupoty?

W przypadku Thalii, to odruch żalu. Chciała jak najszybciej dostać się do matki. Tej, której tak nienawidziła. Teraz jednak wie, że chce żyć, chce być wolna, chce walczyć o wolność swoją i innych. Ale już za późno. Śmierć nie daje drugiej szansy. Nigdy.

Podnosi się na nogi. Właściwie to Luke ją podnosi. Wciąż trzymając sztylet przy jej piersi. Thalia doskonale wie co ma robić. Teraz się już nie podda. Śmierć jest już pewna. Jednak wciąż się boi. Bo jakie znaczenie ma pewna śmierć, jeśli po niej nic nie jest pewne? No właśnie. Żadne. Z oddali dochodzą ją odgłosy bitwy - brzęk ostrza, ostatnie krzyki umierających. Sama niedługo zaliczy się do tych drugich.

Ostatni raz rozgląda się po miejscu walki. Nie chce jednak zapamiętać go jako miejsca pełnego umarłych, umierających. Nie chce zapamiętać go jako miejsca pełnego krwi, żalu czy udręki. Chce, aby to miejsce zapadło jej w pamięci jako dom. Dom, który tam odnalazła. Spogląda w górę. Nad jej głową rozciągają się gałęzi sosny, sosny, która jest nazwana na jej cześć. Sosnę, którą niegdyś sama była. Wciąż ma w pamięci tamten dzień. Dzień, po którym nic nie było już jak dawniej. Wtedy biegła do obozu z Annabeth i Luke'm. To za nich oddała życie. Dziś to drugie ponownie jej je zabierze. Jednak nie żałuje swojego wyboru. Wie, że gdyby nie poświęciła się wtedy za tą dwójkę byłoby mniej tragedii. Mniej tragedii, które spowodowała jedno z nich. Ale czy gdyby podjęła inną decyzję, Annabeth żyłaby nadal? Nie sądzę. Drzewo - jej drzewo - było z pozoru normalne. Miało pień, korę, igły, które więdły i rosły na nowo. Ale to dzięki temu zwyczajnemu drzewu, wiele półbogów nadal żyje.

Za nią jest wejście do Obozu. Wejście, do którego parę lat temu nie dotarła. Przed nią jest las. Ten sam las, przez który uciekała do Obozu. Nadaremnie. Niebo jest bezchmurne. Jak wtedy. Ptaki śpiewają. Jak wtedy. Czuje strach. Jak wtedy. Jest... Wszystko jest jak wtedy. Fata jednak lubią powtórki. Jak zawsze.

Nagle słyszy krzyk, który rozdziera jej serce. To krzyk Annabeth. Krzyk dziewczyny, której kiedyś zastępowała matkę. Teraz już wie, że musi walczyć. Nie, nie że może, tylko musi. Wzbiera się w niej gniew.

Czasem była silna, a czasem miała chwile słabości. Teraz musi być czymś jeszcze więcej. Czymś więcej niż była kiedyś, przed chwilą.

Uśmiecha się do Luke'a. Sama nie wie dlaczego. Tak po prostu.

Z lekkim wysiłkiem odciąga miecz od swojej piersi. Luke nie stawia oporu. Thalia patrzy mu w oczy. Unosi jeszcze troszeczkę miecz i ….wbija go sobie w miejsce, gdzie wcześniej był przyłożony. Czuje, że przeszywa ją ból. Z którejś strony słyszy wrzask Jasona. W oczach wzbierają jej się łzy. Nagle słyszy jęk tuż przy swoim uchu. To Luke. Jego też przekuło ostrze. Co czuje Thalia? Radość, podniecenie, satysfakcję? Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. Czuje smutek, złość i obrzydzenie do samej siebie. Jak mogła zabić bliskiego jej kiedyś - wciąż - człowieka?

Ostatkiem sił mówi mu:
- Dotrzymałam obietnicy: razem powstaliśmy i razem w proch się zakopiemy. Mówiłam, że jej dotrzymam - ale on się nie odzywa. Jest martwy.

Thalia zamyka oczy. Leży na ziemi. Patrzy w niebo. Słyszy krzyki smutku swoich przyjaciół: Annabeth, Jasona, Chejrona. Ktoś woła lekarza. Will sprawdza jej puls. Kiwa głową na znak, że odeszła. Annabeth wpada w szloch i wtula się w ramię swojego chłopaka. Jason patrzy na nią,a oczy lśnią mu od łez.

Teraz dopiera Thalia zdała sobie sprawę, z tego, że patrzy na to wszystko z góry. Uśmiech się. W końcu odzyska spokój, który tak pragnęła. Trafi do poległych przyjaciół. Zazna pokoju. Pokoju Elizjum. Chodź ten jeden raz słowo „pokój” może być rzeczywistością...

Thalia stoczyła tę walkę sama. W samotności....

Ale tego nie da się już naprawić...



----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Hej, i jak wam się podoba???!!! Pierwsze trzy rozdziały będą takim jakby wstępem, będą takie "filozoficzne" i w ogóle, ale następne będą normalne (chyba, że spodoba Wam się ten styl ;) )

Zachęcam (czyt.: proszę) do komentowania